Robert zajechał pod swój dom w rekordowym tempie, przekraczając po drodze dozwoloną prędkość co najmniej o 30km/h . Zaparkował samochód na parkingu podziemnym należącym do wspólnoty mieszkaniowej „Sun” i wjechał windą na czwarte piętro budynku. Otworzył drzwi swojego mieszkania i po przekroczeniu progu zdał sobie sprawę, że nie za bardzo wie, co chce dalej zrobić. Wciąż był wściekły na Emmę i jej hipokryzję, ale zdał sobie sprawę, że jego plan był bezsensowny od momentu zrodzenia się. Jeżeli chciałby się upić w samotności nie mógł jechać do knajpy autem chyba, że był gotowy dać się zamknąć w izbie wytrzeźwień i zderzyć się z nagłówkami gazet trąbiącymi o jego karygodnym postępowaniu. Nie chciał też dzwonić do kolegów z planu, którzy sami nie byli pewni żadnych informacji o filmowym romansie. No a jeśli wyjdzie sam na miasto i zacznie hulać w barach w centrum, zaraz okrąży go wianuszek rozgorączkowanych fanek i fotoreporterów. Jedyną alternatywą było odwołanie się do własnych zapasów środków odurzających. Otworzył niewielki barek. Szafka świeciła pustkami. W lodówce nie znalazł nawet pół butelki piwa. Westchnął. Ciężkie jest życie Anglika w Chicago. Mężczyzna zarzucił na siebie czarną bluzę z kapturem zapinaną na zamek i wyszedł z domu.
Po dwudziestominutowej wędrówce nieprzyjemnymi, bocznymi ulicami miasta doszedł do większego skrzyżowania. Stanął pod witryną zakładu fryzjerskiego i rozejrzał się na wszystkie strony. W połowie dlatego, by upewnić się, czy nie podąża za nim jakiś wścibski paparazzi, a po części by zdecydować, gdzie dalej iść. Wcześniej nie bywał w barach w Chicago, a przynajmniej nie sam. Zawsze towarzyszył mu ktoś lepiej znający miasto. Teraz, na piechotę, nie kojarzył żadnego miejsca. Nie mógł obrać celu. Wreszcie przypomniał sobie jedyny konkretny adres – Heatherstreet 61. Przypomniał też sobie od razu młodą blondynkę z uprzejmym uśmiechem na ustach. Przez chwilę zastanawiał się, czy istnieje prawdopodobieństwo, by ta niewinna Europejka trudziła się pracą barmanki w klubie nocnym lub pijalni piwa, przyjmując klapsy od mocniej wstawionych klientów. Nie. Zdecydowanie nie. Obraz rozgadanych facetów zainteresowanych głównie piwem, sportem i pogodą cechował londyńskie bary, które Robert znał z wypadów na miasto ze znajomymi.
Ok. Heatherstreet. Tylko gdzie to do cholery jest? Rozejrzał się w poszukiwaniu osoby sprawiającej wrażenie nie zaznajomionej kolorowymi pisami. Cały czas obawiał się zwrócić na siebie uwagę. W końcu podszedł do kobiety w podeszłym wieku, która spokojnym krokiem oddalała się od przystanku autobusowego.
- Przepraszam, proszę pani – zagadnął cicho.
- Tak?
- Czy wie pani gdzie znajduje się ulica....
- A ja cię znam. Ty jesteś tym aktorem co tego chłoptasia w filmie dla młodzieży grał, prawda?
Robert cofnął się o krok rozważając wycofanie się z konwersacji. Mógł skłamać lub oddalić się bez słowa. Przeklinał w duchu pomysł nawiązywania kontaktu z przedstawicielką tzw. „reszty świata”. W końcu jedynie przytaknął.
- Bo moja wnuczka to ma cały pokój w twoich plakatach.
- Tak? Wspaniale, a może wie pani jak dojść do…
- I ona ciągle o tobie opowiada. Co najmniej jakbyś był jej kolegą ze szkoły. Czy mógłbyś… - staruszka przerwała swój wywód i zaczęła szperać w torebce. Była to okazja do ucieczki, którą mężczyzna przegapił. – Podpisać to dla niej? – Kobieta podała mu jakiś zeszyt, który otworzyła na pierwszej stronie i wyciągnęła w stronę aktora długopis z podobizną Hilary Clinton. Robert westchnął i nakreślił coś zamaszyście. – Dziękuję bardzo. Wnuczka mi nie uwierzy, jak jej powiem, że cię spotkałam.
- Czy wie pani jak dojść do Heatherstreet? – powiedział w końcu.
- O chłopcze, to kawałek drogi stąd. Musisz iść prosto, później na trzecim skrzyżowaniu…
Staruszka objaśniała drogę dobre pięć minut, myląc się i poprawiając około dwudziestu razy. W końcu mężczyzna nie miał zielonego pojęcia dokąd powinien się skierować, poza tym, że „prosto, a na drugim skrzyżowaniu w lewo”. Dalej zdał się na intuicję, która tym razem go zawiodła. Błądził po wąskich uliczkach dobre pół godziny, aż odważył się po raz kolejny zapytać o drogę. Mężczyzna po czterdziestce z tygodniowym zarostem na twarzy okazał się niezoriętowany w show biznesie i potraktował aktora jak zwykłego turystę w wielkim mieście. Rzeczowo przedstawił plan trasy, którą Robert pokonał w dziesięć minut. Po tak długim spacerze odechciała mu się już jakiegokolwiek piwa, a kiedy dotarł na Heatherstreet spojrzał znużonym wzrokiem na długą, szarą i wyludnioną ulicę. Znajdował się pod numerem 265, zatem miał do pokonanie kawałek drogi do upragnionego budynku nr 61.
Nie wiedział dlaczego to robi. Dlaczego tak uparcie chce dowiedzieć się, co było celem podróży tej blond cudzoziemki. Przecież mogło się okazać, że nie przyjechała ona do Ameryki pracować na zmywaku; mogła być ambasadorem Republiki Czeskiej, mogła być wykładowcą na uniwersytecie, mogła kierować się do domu ciotki albo do siedziby gangu handlującego narkotykami lub bronią na dużą skalę. Nic o niej nie wiedział, poza tym jak wygląda oraz, że mówi z obcym akcentem i cały czas się uśmiecha. Po dotarciu pod numer 203 mężczyzna doszedł do wniosku, że bardziej niż alkoholu potrzebował spaceru, który da mu w kość.
piątek, 1 października 2010
środa, 15 września 2010
6. Nocka
Zegar ścienny wskazywał godzinę 22:30. Bar „Jimmy’s world” był otwart od 7 do 2 rano dnia następnego. Tej nocy wypadał dyżur Zuzy. Blondynka wyspała się w południe, wiedząc, że nie może sobie pozwolić na drzemkę w miejscu pracy. Jednak utarg z nocki nigdy nie był znaczący. Siedziała na nieco przetartym fotelu, wciśniętym pomiędzy lodówkę z napojami i szafki z naczyniami, postawiony tam z myślą o pracownikach ostatniej zmiany. Na podciągniętych pod brodę kolanach opierała oprawiony w twardą okładkę egzemplarz „Mariny” Carlosa Ruiza Zafona. Książka była wciągająca, więc zmysły kobiety przełączyły się na standby. Zuzanna bardzo lubiła swoją zdolność koncentracji na jednym temacie i możności wychwytywania impulsów z otoczenia jednocześnie. Dzięki temu słyszała rozmowy kucharzy na zapleczu, cichy szmer lodówki oraz odgłos otwieranych drzwi wejściowych i czyjeś kroki. Doczytała zdanie do końca, zaznaczyła strony zakładką i stanęła za ladą.
Klientem okazał się młody blondynek, mniej więcej metr siedemdziesiąt. Jego rysy twarzy sugerowały, iż nie jest pełnoletni. Dziarskim krokiem podszedł do kontuaru i spojrzał na kelnerkę pewnym siebie spojrzeniem.
- Dobry wieczór, w czym mogę pomóc? – powitała go z uśmiechem.
- Poproszę butelkę coli i paczkę malboro czerwonych.
Blondynka podała mu napój i położyła rękę na paczce papierosów pod ladą. – Poproszę dowód tożsamości.
- Dlaczego? – zdziwił się młodzieniec.
- Nie jestem pewna, czy jesteś pełnoletni.
- No jak to? Czy wyglądam jak małe dziecko?
- Nie, ale nie wyglądasz też jak trzydziestolatek. Dowód poproszę.
- Nie mam.
- Dolar dwadzieścia.
- Słuchaj, mam dwadzieścia lat. Zostawiłem dowód w domu, gdzieś razem z dyplomem ukończenia szkoły średniej i kartą biblioteczną uniwersytetu w Yale.
- W takim razie wróć do domu, odszukaj ten dokument i wróć po fajki – odparła wciąż łagodnym tonem, chociaż arogancja w głosie chłopaka zaczynała działać jej na nerwy.
- Naprawdę mi tego nie sprzedasz? To tylko jedna paczka malboro…
- Nie.
Blondynek westchnął i rzucił pod nosem kilka niezrozumiałych dla Zuzy słów. Założyła, że są to przekleństwa pod jej adresem. Fuck you. Być może gdyby chłopak poprosił ją o butelkę piwa szybciej przystanęłaby na nagięcie przepisów. Jednak papierosy były używką, którą potępiała najbardziej na świecie. „Chcesz się truć, ok. Ale kiedy bierzesz sam za siebie odpowiedzialność”. Wróciła na fotel i wznowiła lekturę o żywych hybrydach ludzi i połamanych kukieł teatralnych.
Klientem okazał się młody blondynek, mniej więcej metr siedemdziesiąt. Jego rysy twarzy sugerowały, iż nie jest pełnoletni. Dziarskim krokiem podszedł do kontuaru i spojrzał na kelnerkę pewnym siebie spojrzeniem.
- Dobry wieczór, w czym mogę pomóc? – powitała go z uśmiechem.
- Poproszę butelkę coli i paczkę malboro czerwonych.
Blondynka podała mu napój i położyła rękę na paczce papierosów pod ladą. – Poproszę dowód tożsamości.
- Dlaczego? – zdziwił się młodzieniec.
- Nie jestem pewna, czy jesteś pełnoletni.
- No jak to? Czy wyglądam jak małe dziecko?
- Nie, ale nie wyglądasz też jak trzydziestolatek. Dowód poproszę.
- Nie mam.
- Dolar dwadzieścia.
- Słuchaj, mam dwadzieścia lat. Zostawiłem dowód w domu, gdzieś razem z dyplomem ukończenia szkoły średniej i kartą biblioteczną uniwersytetu w Yale.
- W takim razie wróć do domu, odszukaj ten dokument i wróć po fajki – odparła wciąż łagodnym tonem, chociaż arogancja w głosie chłopaka zaczynała działać jej na nerwy.
- Naprawdę mi tego nie sprzedasz? To tylko jedna paczka malboro…
- Nie.
Blondynek westchnął i rzucił pod nosem kilka niezrozumiałych dla Zuzy słów. Założyła, że są to przekleństwa pod jej adresem. Fuck you. Być może gdyby chłopak poprosił ją o butelkę piwa szybciej przystanęłaby na nagięcie przepisów. Jednak papierosy były używką, którą potępiała najbardziej na świecie. „Chcesz się truć, ok. Ale kiedy bierzesz sam za siebie odpowiedzialność”. Wróciła na fotel i wznowiła lekturę o żywych hybrydach ludzi i połamanych kukieł teatralnych.
czwartek, 26 sierpnia 2010
5. Bo to nie zawsze jest wina faceta.
Po oddaniu Henremu scenariusza portugalskiego dramatu i przedyskutowania ewentualnego udziału w tej produkcji, Robert wsiadł do granatowej hondy, wypożyczonej na czas naprawy jego własnego samochodu. Zaparkował pod wolnostojącym domem ogrodzonym metalowym płotem od reszty świata. Wysiadł i zadzwonił domofonem przy furtce.
- Tak?
- Tu Robert
- Co tu robisz o tej porze? – spytał zmieszany damski głos.
- Przyszedłem – odparł zbity z tropu.
- No dobrze. Wejdź – powiedziała z wahaniem i furtka została otwarta. Emma powitała swojego kochanka z pewną rezerwą, jakby nie chciała się przyznawać do łączących ich relacji.
- Co się stało? – spytał od razu.
- Nic. Tylko… - spojrzała na przybysza, ale szybko spuściła wzrok. – Pamiętasz jak mówiłam ci o moim byłym chłopaku, Jaysonie?
- Tak – przytaknął. Oczywiście, że pamiętał jak pocieszał ją pewnego wieczoru, kiedy biedaczka przypomniała sobie o swoim byłym, który zostawił ją bez słowa ani konkretnego powodu. Brunetka wypłakała wtedy na ramieniu Robert hektolitry łez.
- Więc on wrócił. Okazało się, że musiał wyjechać z powodu choroby swojej matki, która zmarła dwa tygodnie temu. Kiedy zakończyły się wszelkie czynności związane z pogrzebem oraz testamentem, wsiadł w samolot i przyleciał do mnie. Nie mógł skontaktować się ze mną wcześniej, ponieważ w jego miasteczku nie ma internetu a przez telefon komórkowy nie mógł połączyć się z siecią za oceanem. No a kiedy pojechał do większego miasta, zobaczył doniesienia o naszym romansie i zrezygnował z dalszych prób nawiązania kontaktu – tłumaczyła ze skruchą.
- Ale teraz wrócił, posypał głowę popiołem, a ty przyjęłaś go ponownie do swojego domu. Mam rację?
- Masz.
- Jak mu wytłumaczyłaś nasze spotkania?
- Powiedziałam, że to złośliwość prasy i, że nic nie było na rzeczy.
- A gdzie on teraz jest?
- Tu. W tym domu. Śpi w pokoju na piętrze.
Robert najpierw miał ochotę pójść do tego lowelasa i przedstawić mu swój pogląd na opuszczanie kobiet. Ale kiedy dotarły do niego słowa Emmy, miał ochotę prędzej wymierzyć cios w jej kierunku. Nie uczynił jednak żadnej z tych rzeczy, tylko zaczął napastliwą wymianę zdań.
- Nic nie było na rzeczy? Najpierw wysłuchuję twoich żali o niewiernym, skretyniałym chłopaku, a później dowiaduję się, że nie jestem dla ciebie wart więcej od niego?
- To nie tak. Jesteś dla mnie najważniejszy...
- To co on robi w tym domu? Dlaczego nie wyleciał stąd na zbity pysk?
- Nie miałam serca mu tego robić.
- To dlaczego masz serce robić to mi? Jesteś hipokrytką! Bardzo dziękuję za taki układ – rzucił wściekły i opuścił jej mieszkanie, trzaskając za sobą drzwiami. Miał nadzieję, że obudzi tego palanta. Wierzył, że chociaż on i Emma nie mogli ze sobą wytrzymać, to ta znajomość jest dla niej coś warta. Teraz zdał sobie sprawę, że był jedynie etatowym ramieniem do wypłakania się i facetem do łóżka. Zabawiła się nim, by wypełnić czas nieobecności lowelasa. Robiło mu się niedobrze od tych myśli. Poczuł okropną potrzebę upicia się. Nie popierał odreagowywania czegokolwiek alkoholem, ale dzisiejszą noc można chyba zaliczyć do sytuacji wyjątkowych.
- Tak?
- Tu Robert
- Co tu robisz o tej porze? – spytał zmieszany damski głos.
- Przyszedłem – odparł zbity z tropu.
- No dobrze. Wejdź – powiedziała z wahaniem i furtka została otwarta. Emma powitała swojego kochanka z pewną rezerwą, jakby nie chciała się przyznawać do łączących ich relacji.
- Co się stało? – spytał od razu.
- Nic. Tylko… - spojrzała na przybysza, ale szybko spuściła wzrok. – Pamiętasz jak mówiłam ci o moim byłym chłopaku, Jaysonie?
- Tak – przytaknął. Oczywiście, że pamiętał jak pocieszał ją pewnego wieczoru, kiedy biedaczka przypomniała sobie o swoim byłym, który zostawił ją bez słowa ani konkretnego powodu. Brunetka wypłakała wtedy na ramieniu Robert hektolitry łez.
- Więc on wrócił. Okazało się, że musiał wyjechać z powodu choroby swojej matki, która zmarła dwa tygodnie temu. Kiedy zakończyły się wszelkie czynności związane z pogrzebem oraz testamentem, wsiadł w samolot i przyleciał do mnie. Nie mógł skontaktować się ze mną wcześniej, ponieważ w jego miasteczku nie ma internetu a przez telefon komórkowy nie mógł połączyć się z siecią za oceanem. No a kiedy pojechał do większego miasta, zobaczył doniesienia o naszym romansie i zrezygnował z dalszych prób nawiązania kontaktu – tłumaczyła ze skruchą.
- Ale teraz wrócił, posypał głowę popiołem, a ty przyjęłaś go ponownie do swojego domu. Mam rację?
- Masz.
- Jak mu wytłumaczyłaś nasze spotkania?
- Powiedziałam, że to złośliwość prasy i, że nic nie było na rzeczy.
- A gdzie on teraz jest?
- Tu. W tym domu. Śpi w pokoju na piętrze.
Robert najpierw miał ochotę pójść do tego lowelasa i przedstawić mu swój pogląd na opuszczanie kobiet. Ale kiedy dotarły do niego słowa Emmy, miał ochotę prędzej wymierzyć cios w jej kierunku. Nie uczynił jednak żadnej z tych rzeczy, tylko zaczął napastliwą wymianę zdań.
- Nic nie było na rzeczy? Najpierw wysłuchuję twoich żali o niewiernym, skretyniałym chłopaku, a później dowiaduję się, że nie jestem dla ciebie wart więcej od niego?
- To nie tak. Jesteś dla mnie najważniejszy...
- To co on robi w tym domu? Dlaczego nie wyleciał stąd na zbity pysk?
- Nie miałam serca mu tego robić.
- To dlaczego masz serce robić to mi? Jesteś hipokrytką! Bardzo dziękuję za taki układ – rzucił wściekły i opuścił jej mieszkanie, trzaskając za sobą drzwiami. Miał nadzieję, że obudzi tego palanta. Wierzył, że chociaż on i Emma nie mogli ze sobą wytrzymać, to ta znajomość jest dla niej coś warta. Teraz zdał sobie sprawę, że był jedynie etatowym ramieniem do wypłakania się i facetem do łóżka. Zabawiła się nim, by wypełnić czas nieobecności lowelasa. Robiło mu się niedobrze od tych myśli. Poczuł okropną potrzebę upicia się. Nie popierał odreagowywania czegokolwiek alkoholem, ale dzisiejszą noc można chyba zaliczyć do sytuacji wyjątkowych.
wtorek, 17 sierpnia 2010
4. Początki bywają trudne
Zuzanna weszła do swojego mieszkanka, o całkowitej powierzchni trzydziestu metrów kwadratowych. Była to klitka z ciasną łazienka oraz kuchnią, pełniąca jednocześnie funkcję sypialni. Większość rzeczy, które przywiozła ze sobą wciąż pozostawały w walizce, gdyż nie miała miejsca na rozpakowanie ich. Nie miała także środków ani miejsca by nabyć szafę. Zadowalała się niskimi szafeczkami, starym stołem dla czterech osób i krzesłami turystycznymi. Lodówka brzęczała niemiłosiernie, panele podłogowe skrzypiały, a sąsiedzi lubili urządzać imprezy. Na mieszkańców bloku w większości składali się studenci, co dało się wyczuć w ich nocnych wymianach zdań na korytarzach. Jednak blondynka godziła się na to wszystko. I chociaż mieszkała tu zaledwie półtora miesiąca, miewała takie chwile, kiedy chciała wszystko spakować i wracać do domu. Wtedy siadała na szerokim parapecie i patrzyła przez jedno z trzech okien na zachodzące słońce i wmawiała sobie, że ten widok jej wszystko rekompensuje.
Pierwszy dzień w pracy był męczący, ale ekscytujący jednocześnie. Lisa była wspaniałą kobietą, która cały dzień czuwała nad nową, by ta nie zagubiła się za barem. Zuza nie zaliczyła jednak żadnej wpadki, prawdopodobnie dzięki wprawie nabranej w pracy w kafeterii, jeszcze w jej kraju.
Nastawiła czajnik elektryczny i wsypała do nieco zniszczonego kubka łyżeczkę czarnej herbaty. Zaparzyła napój i usiadła na dmuchanym materacu, który służył jej za łóżko.
Zadarła głowę, by podziwiać rozbłyski zachodzącego słońca na białych framugach okien. Lubiła wieczorami zatapiać się w marzeniach. Lubiła wybiegać myślami na nieznane tereny i fantazjować o możliwościach dążenia do upragnionego celu. Odstawiła kubek na parapet i wyjęła z plecaka swój rękopis. To miała być jej przyszłość. Uważała to za bardzo dziwne, że ostatnią rzeczą, której potrzebowała do spełnienia swoich marzeń, było coś tak przyziemnego jak pieniądze. Przeczytała kilka ostatnich linijek rękopisu i zastanowiła się co dalej uczynić z bohaterką. Jak zawsze przeniosła wzrok na miasto w poszukiwaniu inspiracji. Pomyślała o ludziach, których dzisiaj poznała; próbowała przypomnieć sobie twarze klientów. I wtedy przyszedł jej do głowy zakapturzony przechodzień, którego pytała o drogę. Starała się przypomnieć sobie jego twarz, która o poranku wydawała się znajoma. Była pewna, że widziała już gdzieś tego mężczyznę, chociaż nigdy nie była w Chicago. "To nawet lepiej, że nie wiem" pomyślała i zaczęła tworzyć jego nową tożsamość. Po godzinie okazało się, że to jest ta postać, której potrzebowała, by zakończyć historię.
Pierwszy dzień w pracy był męczący, ale ekscytujący jednocześnie. Lisa była wspaniałą kobietą, która cały dzień czuwała nad nową, by ta nie zagubiła się za barem. Zuza nie zaliczyła jednak żadnej wpadki, prawdopodobnie dzięki wprawie nabranej w pracy w kafeterii, jeszcze w jej kraju.
Nastawiła czajnik elektryczny i wsypała do nieco zniszczonego kubka łyżeczkę czarnej herbaty. Zaparzyła napój i usiadła na dmuchanym materacu, który służył jej za łóżko.
Zadarła głowę, by podziwiać rozbłyski zachodzącego słońca na białych framugach okien. Lubiła wieczorami zatapiać się w marzeniach. Lubiła wybiegać myślami na nieznane tereny i fantazjować o możliwościach dążenia do upragnionego celu. Odstawiła kubek na parapet i wyjęła z plecaka swój rękopis. To miała być jej przyszłość. Uważała to za bardzo dziwne, że ostatnią rzeczą, której potrzebowała do spełnienia swoich marzeń, było coś tak przyziemnego jak pieniądze. Przeczytała kilka ostatnich linijek rękopisu i zastanowiła się co dalej uczynić z bohaterką. Jak zawsze przeniosła wzrok na miasto w poszukiwaniu inspiracji. Pomyślała o ludziach, których dzisiaj poznała; próbowała przypomnieć sobie twarze klientów. I wtedy przyszedł jej do głowy zakapturzony przechodzień, którego pytała o drogę. Starała się przypomnieć sobie jego twarz, która o poranku wydawała się znajoma. Była pewna, że widziała już gdzieś tego mężczyznę, chociaż nigdy nie była w Chicago. "To nawet lepiej, że nie wiem" pomyślała i zaczęła tworzyć jego nową tożsamość. Po godzinie okazało się, że to jest ta postać, której potrzebowała, by zakończyć historię.
poniedziałek, 26 lipca 2010
3. Na planie
Mężczyzna odetchnął z ulga po przekroczeniu progu studia. Podczas dwudziestominutowego spaceru przez miasto bez ochrony nie miał ani jednego nieprzyjemnego incydentu. O dziwo zawdzięczał to dużej ilości ludzi w mieście, a nie zwinnemu przemykaniu bocznymi uliczkami. Przeszedł szybkim krokiem korytarz, na którym odpowiedział na powitanie dziewczyny rozwożącej kawę i wszedł do swojej garderoby. Tam czekali już na niego Henry Veber, jego menadżer, oraz Jenna Austen, jego stylistka. Wciąż nie mógł zrozumieć dlaczego ona tak misternie układa jego włosy, by sprawiały wrażenie nieuczesanych. Dla niego ich stan przed poddaniem się działaniom tej kobiety i po nie ulegał żadnej zmianie. Lecz ona uparcie za każdym razem najpierw go czesała jak matka syna przed pierwszym dniem szkoły, by następnie z mistrzowską precyzją poukładać włosy w artystyczny nieład i zapieczętować wszystko lakierem do włosów, który ledwo dawał się zmyć pod prysznicem.
Kiedy aktor zasiadł na fotelu przed ogromnym lustrem, którego tak bardzo nie lubił, Henry podał mu papierowy kubek z kawą i zaczął czytać tygodniowy raport. Był poniedziałek, więc jak zawsze miało miejsce podsumowanie minionych siedmiu dni; kto dzwonił, kto proponował, ile proponował, jaki jest przychód, gdzie jego nazwisko plasuje się w rankingach, czy pojawiły się jakieś plotki zagrażające jego wizerunkowi, na koniec poczta. Mężczyzna słuchał tego cierpliwie, chociaż niewiele go to obchodziło. Waga jaką miała dla niego opinia mediów o jego osobie była odwrotnie proporcjonalna do wzrostu sławy. Im bardziej jesteś znany tym więcej o tobie plotkują i wymyślają na twój temat – z takiego założenia wychodził. Starał się zachować chociaż pozory normalnego życia i nie przejmował się gdy pod zdjęciem, na którym był z siostrą napisano „Nowa dziewczyna?”. Jednak odczuwał pewien dyskomfort, kiedy przed wyjściem na ulicę musiał zakładać spraną, szarą czapkę i duże, ciemne okulary. Czuł się w nich jak idiota, szczególnie kiedy nie było słońca.
Po zakończeniu odczytu, Henry przeszedł do bardziej luźnej rozmowy. Przeprosił za problem z transportem i upewnił się, czy aktor nie miał jakichś nieprzyjemnych sytuacji podczas drogi. Menadżer był w pewnym sensie jego najbliższym przyjacielem. Zapewne dlatego, iż był to jedyny człowiek towarzyszący mu w prawie wszystkich podróżach i pozostający z nim w stałym kontakcie. Razem z rozpoczęciem pracy w Ameryce zostało zerwanych wiele znajomości i ilekroć praca nad jakimś projektem dobiegała końca, aktor obiecywał sobie, że teraz wróci do rodzinnego miasta i odkurzy starą książkę adresową. Zawsze jednak pojawiała się atrakcyjna oferta nowej roli, więc zostawał i odkładał swój plan na nieokreślone „później”.
- Robert?
- Tak?
- Słuchasz mnie w ogóle – Henry patrzył na swojego nieformalnego podopiecznego nieco żartobliwie. Przywykł już do specyficznej natury tego mężczyzny.
W odpowiedzi aktor zamyślił się na chwilę. – Mówiłeś coś o propozycji roli w europejskiej produkcji? – strzelił, opierając się na strzępkach pamięci.
- Cóż, wspomniałem o tym jakieś dziesięć minut – zaśmiał się. – Skoro już sobie o tym przypomniałeś to dodam, że jest to niezależna produkcja, a scenariusz jest dość oryginalny. Dam ci go po dzisiejszych zdjęciach.
- Ok.
- Gdybyś przyjął ich propozycję, wyjechałbyś do Porto już za dwa miesiące. To oznacza, że nie może dojść do opóźnienia się obecnych zdjęć oraz, że nie będziesz miał nawet dwóch dni przerwy. To ryzykowne, biorąc pod uwagę, że twoja koleżanka z planu, Emma, narzekała dzisiaj rano na zapchany nos.
- Weźmie dwie aspiryny i jej przejdzie – mruknął. Emma, brunetka, o zielonych oczach i twardych rysach, 167 cm wzrostu. Jego partnerka zarówno na planie jak i prywatnie. Ich relacje w bardzo dziwny sposób przedarły się ze scenariusza do realnego świata. Pewnego dnia, gdy dał się namówić na spotkanie u niej w domu, by poćwiczyć wspólne kwestie, wylądował z Emmą w łóżku. Na początku zauważył pożądliwe spojrzenia, później otwarto butelkę wina i rozpoczęła się rozmowa nie związana ze scenariuszem, w końcu postanowiła sprawdzić jak wyglądałaby scena, w której namiętnie się całują… Do dzisiaj nie rozumiał, jak ta dziewczyna zdołała go uwieść, bo poza wszelkimi wątpliwościami pozostawało, że to ona go uwiodła, nie na odwrót. Obecnie spotykali się co jakiś czas, w zadymionych pubach, zaciemnionych uliczkach i we własnych mieszkaniach. Ich romans opierał się głównie na pożądaniu i namiętności, a nie na silnej więzi emocjonalnej. Raz spróbowali wspólnie zamieszkać, jednak Robert szybko odkrył jaką Emma potrafi być histeryczką i furiatką jednocześnie. Często krzyczała, by wyrazić swoje emocje, czego jej kochanek bardzo nie lubił. Dodatkowo, media zaczęły coraz śmielej pakować swoje dyktafony i obiektywy do ich prywatnego życia, więc doszli do wniosku, że wspólne życie nie jest najlepszym pomysłem.
- Na razie dam ci ten scenariusz. Przeczytasz i pogadamy – wyrwał go ponownie z zamyślenia Henry.
- Ok. Emma już jest?
- Tak – odparł menadżer. Wiedział, że to pytanie oznacza koniec ich porannej rozmowy. Aktor wyrzucił papierowy kubek do kosza na śmieci, spojrzał na Jennę, którą dłuższą chwilę temu skończyła swoją pracę. Pożegnał się i wyszedł, kierując swoje kroki do budynku głównego studia nagrań.
- Dzwoniłam do ciebie – powiedziała brunetka, po oderwaniu swoich ust od ust Roberta.
- Zostawiłem telefon w domu.
- Chciałam po ciebie przyjechać.
- Przeszedłem się.
- W pelerynie niewidce? – zaśmiała się.
- Było bardzo spokojnie, tzn. moja osoba nie wywołała zbytniego skandalu – odpowiedział uśmiechem. – A gdybyśmy znaleźli się w jednym samochodzie, jutrzejsze wydania brukowców miałby temat na drugą stronę.
- Mam to gdzieś – rzuciła zuchwale i podniosła scenariusz. Mężczyzna zastanawiał się chwilę, czy powiedzieć jej o cudzoziemce, którą spotkał. Zlustrowała wzrokiem zaczytaną Emmę i doszedł do wniosku, że nie chce uruchamiać jej zdwojonej czujności. Wystarczy by wypowiedział przypadkowe imię żeńskie niewłaściwym tonem i od razu był zasypywany pytaniami, czy ma kogoś innego.
Zdjęcia rozpoczęły się o godzinie ósmej i zakończyły o dwudziestej drugiej. W tym czasie aktorzy mieli do dyspozycji trzy przerwy: jedną, godzinną obiadową oraz dwie dziesięciominutowe. Ci, którzy nie musieli brać udziału we wszystkich ujęciach, mieli oczywiście dodatkowy czas dla siebie. Ponieważ Robert był głównym bohaterem filmu, jego tzw. „czas doliczony” wynosił tego dnia marne dwadzieścia minut. Bywało, że był potrzebny danego dnia w takim samym stopniu jak aktor epizodyczny, jednak takie dni należały do wyjątków. Przekładało się to oczywiście na jego zarobki, dzięki którym mógł pozwolić sobie na wynajęcie osobnego mieszkania w centrum Chicago, zamiast korzystania z usług tutejszych hoteli. Nie miał co prawda tym kwaterom nic do zarzucenia, ale odrobina swobody polegająca na przeświadczeniu, iż w południe po jego pokoju nie pałęta się sprzątaczka, porządkująca wszystkiego jego rzeczy, była warta wydania określonej sumy na przestronne miejsce zamieszkania.
Kiedy aktor zasiadł na fotelu przed ogromnym lustrem, którego tak bardzo nie lubił, Henry podał mu papierowy kubek z kawą i zaczął czytać tygodniowy raport. Był poniedziałek, więc jak zawsze miało miejsce podsumowanie minionych siedmiu dni; kto dzwonił, kto proponował, ile proponował, jaki jest przychód, gdzie jego nazwisko plasuje się w rankingach, czy pojawiły się jakieś plotki zagrażające jego wizerunkowi, na koniec poczta. Mężczyzna słuchał tego cierpliwie, chociaż niewiele go to obchodziło. Waga jaką miała dla niego opinia mediów o jego osobie była odwrotnie proporcjonalna do wzrostu sławy. Im bardziej jesteś znany tym więcej o tobie plotkują i wymyślają na twój temat – z takiego założenia wychodził. Starał się zachować chociaż pozory normalnego życia i nie przejmował się gdy pod zdjęciem, na którym był z siostrą napisano „Nowa dziewczyna?”. Jednak odczuwał pewien dyskomfort, kiedy przed wyjściem na ulicę musiał zakładać spraną, szarą czapkę i duże, ciemne okulary. Czuł się w nich jak idiota, szczególnie kiedy nie było słońca.
Po zakończeniu odczytu, Henry przeszedł do bardziej luźnej rozmowy. Przeprosił za problem z transportem i upewnił się, czy aktor nie miał jakichś nieprzyjemnych sytuacji podczas drogi. Menadżer był w pewnym sensie jego najbliższym przyjacielem. Zapewne dlatego, iż był to jedyny człowiek towarzyszący mu w prawie wszystkich podróżach i pozostający z nim w stałym kontakcie. Razem z rozpoczęciem pracy w Ameryce zostało zerwanych wiele znajomości i ilekroć praca nad jakimś projektem dobiegała końca, aktor obiecywał sobie, że teraz wróci do rodzinnego miasta i odkurzy starą książkę adresową. Zawsze jednak pojawiała się atrakcyjna oferta nowej roli, więc zostawał i odkładał swój plan na nieokreślone „później”.
- Robert?
- Tak?
- Słuchasz mnie w ogóle – Henry patrzył na swojego nieformalnego podopiecznego nieco żartobliwie. Przywykł już do specyficznej natury tego mężczyzny.
W odpowiedzi aktor zamyślił się na chwilę. – Mówiłeś coś o propozycji roli w europejskiej produkcji? – strzelił, opierając się na strzępkach pamięci.
- Cóż, wspomniałem o tym jakieś dziesięć minut – zaśmiał się. – Skoro już sobie o tym przypomniałeś to dodam, że jest to niezależna produkcja, a scenariusz jest dość oryginalny. Dam ci go po dzisiejszych zdjęciach.
- Ok.
- Gdybyś przyjął ich propozycję, wyjechałbyś do Porto już za dwa miesiące. To oznacza, że nie może dojść do opóźnienia się obecnych zdjęć oraz, że nie będziesz miał nawet dwóch dni przerwy. To ryzykowne, biorąc pod uwagę, że twoja koleżanka z planu, Emma, narzekała dzisiaj rano na zapchany nos.
- Weźmie dwie aspiryny i jej przejdzie – mruknął. Emma, brunetka, o zielonych oczach i twardych rysach, 167 cm wzrostu. Jego partnerka zarówno na planie jak i prywatnie. Ich relacje w bardzo dziwny sposób przedarły się ze scenariusza do realnego świata. Pewnego dnia, gdy dał się namówić na spotkanie u niej w domu, by poćwiczyć wspólne kwestie, wylądował z Emmą w łóżku. Na początku zauważył pożądliwe spojrzenia, później otwarto butelkę wina i rozpoczęła się rozmowa nie związana ze scenariuszem, w końcu postanowiła sprawdzić jak wyglądałaby scena, w której namiętnie się całują… Do dzisiaj nie rozumiał, jak ta dziewczyna zdołała go uwieść, bo poza wszelkimi wątpliwościami pozostawało, że to ona go uwiodła, nie na odwrót. Obecnie spotykali się co jakiś czas, w zadymionych pubach, zaciemnionych uliczkach i we własnych mieszkaniach. Ich romans opierał się głównie na pożądaniu i namiętności, a nie na silnej więzi emocjonalnej. Raz spróbowali wspólnie zamieszkać, jednak Robert szybko odkrył jaką Emma potrafi być histeryczką i furiatką jednocześnie. Często krzyczała, by wyrazić swoje emocje, czego jej kochanek bardzo nie lubił. Dodatkowo, media zaczęły coraz śmielej pakować swoje dyktafony i obiektywy do ich prywatnego życia, więc doszli do wniosku, że wspólne życie nie jest najlepszym pomysłem.
- Na razie dam ci ten scenariusz. Przeczytasz i pogadamy – wyrwał go ponownie z zamyślenia Henry.
- Ok. Emma już jest?
- Tak – odparł menadżer. Wiedział, że to pytanie oznacza koniec ich porannej rozmowy. Aktor wyrzucił papierowy kubek do kosza na śmieci, spojrzał na Jennę, którą dłuższą chwilę temu skończyła swoją pracę. Pożegnał się i wyszedł, kierując swoje kroki do budynku głównego studia nagrań.
- Dzwoniłam do ciebie – powiedziała brunetka, po oderwaniu swoich ust od ust Roberta.
- Zostawiłem telefon w domu.
- Chciałam po ciebie przyjechać.
- Przeszedłem się.
- W pelerynie niewidce? – zaśmiała się.
- Było bardzo spokojnie, tzn. moja osoba nie wywołała zbytniego skandalu – odpowiedział uśmiechem. – A gdybyśmy znaleźli się w jednym samochodzie, jutrzejsze wydania brukowców miałby temat na drugą stronę.
- Mam to gdzieś – rzuciła zuchwale i podniosła scenariusz. Mężczyzna zastanawiał się chwilę, czy powiedzieć jej o cudzoziemce, którą spotkał. Zlustrowała wzrokiem zaczytaną Emmę i doszedł do wniosku, że nie chce uruchamiać jej zdwojonej czujności. Wystarczy by wypowiedział przypadkowe imię żeńskie niewłaściwym tonem i od razu był zasypywany pytaniami, czy ma kogoś innego.
Zdjęcia rozpoczęły się o godzinie ósmej i zakończyły o dwudziestej drugiej. W tym czasie aktorzy mieli do dyspozycji trzy przerwy: jedną, godzinną obiadową oraz dwie dziesięciominutowe. Ci, którzy nie musieli brać udziału we wszystkich ujęciach, mieli oczywiście dodatkowy czas dla siebie. Ponieważ Robert był głównym bohaterem filmu, jego tzw. „czas doliczony” wynosił tego dnia marne dwadzieścia minut. Bywało, że był potrzebny danego dnia w takim samym stopniu jak aktor epizodyczny, jednak takie dni należały do wyjątków. Przekładało się to oczywiście na jego zarobki, dzięki którym mógł pozwolić sobie na wynajęcie osobnego mieszkania w centrum Chicago, zamiast korzystania z usług tutejszych hoteli. Nie miał co prawda tym kwaterom nic do zarzucenia, ale odrobina swobody polegająca na przeświadczeniu, iż w południe po jego pokoju nie pałęta się sprzątaczka, porządkująca wszystkiego jego rzeczy, była warta wydania określonej sumy na przestronne miejsce zamieszkania.
poniedziałek, 12 lipca 2010
2. Jimmy's world
Heatherstreet okazała się na szczęście niezbyt długą i niezbyt zaludnioną ulicą odchodzącą od jednej z głównych przecznic. Dziewczyna bez problemu odnalazła numer 61. Duża kafeteria połączona z barem witał klientów neonowym szyldem „Jimmy’s world”. Budynek był zadbany zarówno od zewnątrz jak i od wewnątrz, co jednak nie oznacza, że był to urokliwy zakątek. Białe linoleum w szare i czarne plamki wydawało się przeżyć już wiele, za to stoły na metalowych słupkach z blatami imitującymi drewniane były nowe, tak samo jak stojące przy nich metalowe krzesła. Był także długi, zielony bar, za nim ustawiono półki ze słodyczami, przekąskami, automatem do kawy oraz wciśniętą w kąt lodówką z napojami. Za tym całym sprzętem blondynka wypatrzyła kuchnię, która z salą łączyła się przez niewielkie okienko. Wystroju dopełniały zdjęcia smakołyków i czarno-białe fotografie miasta porozwieszane na ścianach oraz zwykły zegarek z niebieską ramką, który wskazywał akurat godzinę 6:50. Dziewczyna odetchnęła. Nie spóźniłam się.
Podeszła do młodej kelnerki za barem. Miała wysoko spięte, ciemne włosy i piwne oczy. Na jej twarzy malowało się zmęczenie, gdy wycierała kolejno szklanki i układała je w zagłębieniu pod blatem.
- Dzień dobry. Nazywam się Zuzanna Miłorzębska. Miałam się zgłosić na stanowisko kelnerki.
Dziewczyna zza baru podniosła na nią wzrok. Przez chwilę patrzyła na nią zagubiona, po czym powiedziała:
- Mogłabyś powtórzyć nazwisko?
Blondynka uśmiechnęła się i przeliterowała to arcytrudne słowo. Szatynka zapisała je na kartce, spojrzała na nie, później jego posiadaczkę, znowu na kartkę i do notesu.
- Tak, to możesz być ty… - mruknęła i pokazała zapisany fonetycznie, niezrozumiały wyraz. Obok niego widniał komentarz składający się ze znaku zapytania i wykrzyknika, oraz notatki „nowa – 12.10”.
- To ja.
- Ok. Ja jestem Lisa. Witam na pokładzie – powiedziała i wpuściła nową na „drugą stronę”. Zaprowadziła Zuzę do kuchni, gdzie zapoznała ją z mężczyzną w średnim wieku, całkiem łysym, ubranym w biały kitel kucharski. Był to szef kuchni i jednocześnie właściciel, z którym Zuzanna rozmawiała przez telefon kilka dni temu. Nazywał się Jimmy i pomimo poważnego wyglądu był bardzo miły, aczkolwiek nie poświęcił nowej pracownicy wiele czasu. Zapytał czy pracowała już kiedyś w barze, czy dostała umowę i czy nie ma pytań do któregoś z jej punktów, powiedział gdzie jest regulamin BHP i oddał w ręce Lisy. Szatynka zaprowadziła ją na tzw. „zaplecze kelnerskie”. Było tam pusto i pomimo otwartego okna ściany wydawały się być przesiąknięte zapachem tytoniu, którego dziewczyna tak bardzo nie lubiła. Lisa pokazywała jej kolejne miejsca i sprzęty: tu jest twoja szafka, tu możesz powiesić kurtkę, tu jest wejście dla pracowników, tu wyrzucamy śmieci, tu jest parking dla pracowników, tu są szklanki, tak działa ekspres do kawy, dasz sobie radę?, na pewno dasz sobie radę tylko zapamiętaj: te do espresso, te do cappucino a te do latte, tu jest część sali dla palących a tu dla niepalących... Zuza szła za nią i odnotowywała skrzętnie wszystkie informacje w mózgu. Jak na razie jej największa obawa okazała się bezpodstawna – nie miała problemów z językiem.
Po wprowadzeniu w zasady pracy, Amerykanka dała blondynce firmowy fartuch, który zawiązany w pasie sięgał trochę za kolano. Prosty, czarny z dokładnie takim samym logo jak na neonowym szyldzie. Zuzanna rozpoczęła swoją pracę w „Jimmy’s world”.
Podeszła do młodej kelnerki za barem. Miała wysoko spięte, ciemne włosy i piwne oczy. Na jej twarzy malowało się zmęczenie, gdy wycierała kolejno szklanki i układała je w zagłębieniu pod blatem.
- Dzień dobry. Nazywam się Zuzanna Miłorzębska. Miałam się zgłosić na stanowisko kelnerki.
Dziewczyna zza baru podniosła na nią wzrok. Przez chwilę patrzyła na nią zagubiona, po czym powiedziała:
- Mogłabyś powtórzyć nazwisko?
Blondynka uśmiechnęła się i przeliterowała to arcytrudne słowo. Szatynka zapisała je na kartce, spojrzała na nie, później jego posiadaczkę, znowu na kartkę i do notesu.
- Tak, to możesz być ty… - mruknęła i pokazała zapisany fonetycznie, niezrozumiały wyraz. Obok niego widniał komentarz składający się ze znaku zapytania i wykrzyknika, oraz notatki „nowa – 12.10”.
- To ja.
- Ok. Ja jestem Lisa. Witam na pokładzie – powiedziała i wpuściła nową na „drugą stronę”. Zaprowadziła Zuzę do kuchni, gdzie zapoznała ją z mężczyzną w średnim wieku, całkiem łysym, ubranym w biały kitel kucharski. Był to szef kuchni i jednocześnie właściciel, z którym Zuzanna rozmawiała przez telefon kilka dni temu. Nazywał się Jimmy i pomimo poważnego wyglądu był bardzo miły, aczkolwiek nie poświęcił nowej pracownicy wiele czasu. Zapytał czy pracowała już kiedyś w barze, czy dostała umowę i czy nie ma pytań do któregoś z jej punktów, powiedział gdzie jest regulamin BHP i oddał w ręce Lisy. Szatynka zaprowadziła ją na tzw. „zaplecze kelnerskie”. Było tam pusto i pomimo otwartego okna ściany wydawały się być przesiąknięte zapachem tytoniu, którego dziewczyna tak bardzo nie lubiła. Lisa pokazywała jej kolejne miejsca i sprzęty: tu jest twoja szafka, tu możesz powiesić kurtkę, tu jest wejście dla pracowników, tu wyrzucamy śmieci, tu jest parking dla pracowników, tu są szklanki, tak działa ekspres do kawy, dasz sobie radę?, na pewno dasz sobie radę tylko zapamiętaj: te do espresso, te do cappucino a te do latte, tu jest część sali dla palących a tu dla niepalących... Zuza szła za nią i odnotowywała skrzętnie wszystkie informacje w mózgu. Jak na razie jej największa obawa okazała się bezpodstawna – nie miała problemów z językiem.
Po wprowadzeniu w zasady pracy, Amerykanka dała blondynce firmowy fartuch, który zawiązany w pasie sięgał trochę za kolano. Prosty, czarny z dokładnie takim samym logo jak na neonowym szyldzie. Zuzanna rozpoczęła swoją pracę w „Jimmy’s world”.
środa, 30 czerwca 2010
1. Gdzieś w Chicago.
Blondynka średniego wzrostu, ubrana w brązowy płaszcz do kolan, czarne kozaki i jeansowe rurki przemierzała ulice Chicago, spoglądając zagubionym wzrokiem na tabliczki z nazwami kolejnych przecznic. Miasto wydawało jej się tak ogromne i tak różne od tego, do czego przyzwyczaiły ją europejskie metropolie, że nawet najlepsza mapa nie mogła jej pomóc odnaleźć cel. W końcu, czując nieubłagany upływ czasu, podeszła do człowieka wyższego od niej o głowę, odzianego w niebieską bluzę z kapturem, luźne jeansy, szarą czapkę i całkowicie zbędne przy tej pogodzie ciemne okulary. Dziewczyna zdążyła już zauważyć, iż tutejsi mieszkańcy lubują się w noszeniu okularów przeciwsłonecznych nawet gdy pada deszcz.
- Przepraszam! – powiedziała, ale mężczyzna się nie zatrzymał. – Przepraszam!
Przechodzień zatrzymał się kilka kroków dalej. Zdawało się, że westchnął, po czym odwrócił się na pięcie i podszedł do blondynki.
- Tak? – spytał znudzonym tonem. Pomimo, że jego twarz po części zasłaniały okulary i kaptur, to te rysy wydały się dziewczynie dziwnie znajome.
- Czy wiesz może jak dojść do Heatherstreet 61? – spytała uprzejmie, wyciągając w jego stronę plan miasta. Mężczyzna stał chwile, a nieukryte fragmenty jego fizjonomii zdawały się wyrażać zaskoczenie. Po chwili oprzytomniał i spojrzał na mapę, obrócił ją kilkakrotnie i oddał właścicielce.
- Przykro mi. Nie umiem pomóc.
- No cóż. Dziękuję – odparła z przepraszającym uśmiechem i już zaczepiała kogoś innego. Mężczyzna w kapturze oddalił się na kilka metrów i odwrócił ponownie, by móc przyjrzeć się swojej byłej rozmówczyni. Jakiś starszy pan tłumaczył jej drogę, wyraźne zadowolony, że tak urocza osoba zagadnęła go na ulicy. Na koniec krótkiej konwersacji, dziewczyna podziękowała mu z uśmiechem, a staruszek odwzajemnił gest i uchylił swojego szarego beretu, kłaniając się teatralnie.
Chłopak stwierdził, że jest cudzoziemką. W jej mowie słyszał naleciałości z jakiegoś obcego języka. Jej uroda sugerowała, że pochodzi z rejonów Europy wschodniej. Sprawiała wrażenie dobrze ułożonej panny, która przyleciała do Ameryki w celach zarobkowych. I pomimo zagubienia, z jej ust nie znikał uprzejmy uśmiech. Mało już jest optymistów na świecie.
Jednak mężczyzna nie miał zbyt wiele czasu na kontemplowanie postaci Europejki. Miał 20 minut na dojście do pracy, a szybki spacer wśród zatłoczonych ulic, gdzie każda napotkana osoba może być paparazzi albo stukniętą fanką nie należał do przyjemności. Nieszczęście chciało, że jego auto odmówiło posłuszeństwa dzisiaj rano, a nie było wystarczająco czasu by wysłać po niego inny samochód. Poranne korki. Poranne tłumy. Kiedy podchwycił pierwsze dzisiaj zaszokowane spojrzenie, które należało do niskiej brunetki, przyśpieszył kroku i westchnął. Dlaczego dziewczyny nie mogą być normalne? Jak tamta blondynka?
- Przepraszam! – powiedziała, ale mężczyzna się nie zatrzymał. – Przepraszam!
Przechodzień zatrzymał się kilka kroków dalej. Zdawało się, że westchnął, po czym odwrócił się na pięcie i podszedł do blondynki.
- Tak? – spytał znudzonym tonem. Pomimo, że jego twarz po części zasłaniały okulary i kaptur, to te rysy wydały się dziewczynie dziwnie znajome.
- Czy wiesz może jak dojść do Heatherstreet 61? – spytała uprzejmie, wyciągając w jego stronę plan miasta. Mężczyzna stał chwile, a nieukryte fragmenty jego fizjonomii zdawały się wyrażać zaskoczenie. Po chwili oprzytomniał i spojrzał na mapę, obrócił ją kilkakrotnie i oddał właścicielce.
- Przykro mi. Nie umiem pomóc.
- No cóż. Dziękuję – odparła z przepraszającym uśmiechem i już zaczepiała kogoś innego. Mężczyzna w kapturze oddalił się na kilka metrów i odwrócił ponownie, by móc przyjrzeć się swojej byłej rozmówczyni. Jakiś starszy pan tłumaczył jej drogę, wyraźne zadowolony, że tak urocza osoba zagadnęła go na ulicy. Na koniec krótkiej konwersacji, dziewczyna podziękowała mu z uśmiechem, a staruszek odwzajemnił gest i uchylił swojego szarego beretu, kłaniając się teatralnie.
Chłopak stwierdził, że jest cudzoziemką. W jej mowie słyszał naleciałości z jakiegoś obcego języka. Jej uroda sugerowała, że pochodzi z rejonów Europy wschodniej. Sprawiała wrażenie dobrze ułożonej panny, która przyleciała do Ameryki w celach zarobkowych. I pomimo zagubienia, z jej ust nie znikał uprzejmy uśmiech. Mało już jest optymistów na świecie.
Jednak mężczyzna nie miał zbyt wiele czasu na kontemplowanie postaci Europejki. Miał 20 minut na dojście do pracy, a szybki spacer wśród zatłoczonych ulic, gdzie każda napotkana osoba może być paparazzi albo stukniętą fanką nie należał do przyjemności. Nieszczęście chciało, że jego auto odmówiło posłuszeństwa dzisiaj rano, a nie było wystarczająco czasu by wysłać po niego inny samochód. Poranne korki. Poranne tłumy. Kiedy podchwycił pierwsze dzisiaj zaszokowane spojrzenie, które należało do niskiej brunetki, przyśpieszył kroku i westchnął. Dlaczego dziewczyny nie mogą być normalne? Jak tamta blondynka?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)