Robert zajechał pod swój dom w rekordowym tempie, przekraczając po drodze dozwoloną prędkość co najmniej o 30km/h . Zaparkował samochód na parkingu podziemnym należącym do wspólnoty mieszkaniowej „Sun” i wjechał windą na czwarte piętro budynku. Otworzył drzwi swojego mieszkania i po przekroczeniu progu zdał sobie sprawę, że nie za bardzo wie, co chce dalej zrobić. Wciąż był wściekły na Emmę i jej hipokryzję, ale zdał sobie sprawę, że jego plan był bezsensowny od momentu zrodzenia się. Jeżeli chciałby się upić w samotności nie mógł jechać do knajpy autem chyba, że był gotowy dać się zamknąć w izbie wytrzeźwień i zderzyć się z nagłówkami gazet trąbiącymi o jego karygodnym postępowaniu. Nie chciał też dzwonić do kolegów z planu, którzy sami nie byli pewni żadnych informacji o filmowym romansie. No a jeśli wyjdzie sam na miasto i zacznie hulać w barach w centrum, zaraz okrąży go wianuszek rozgorączkowanych fanek i fotoreporterów. Jedyną alternatywą było odwołanie się do własnych zapasów środków odurzających. Otworzył niewielki barek. Szafka świeciła pustkami. W lodówce nie znalazł nawet pół butelki piwa. Westchnął. Ciężkie jest życie Anglika w Chicago. Mężczyzna zarzucił na siebie czarną bluzę z kapturem zapinaną na zamek i wyszedł z domu.
Po dwudziestominutowej wędrówce nieprzyjemnymi, bocznymi ulicami miasta doszedł do większego skrzyżowania. Stanął pod witryną zakładu fryzjerskiego i rozejrzał się na wszystkie strony. W połowie dlatego, by upewnić się, czy nie podąża za nim jakiś wścibski paparazzi, a po części by zdecydować, gdzie dalej iść. Wcześniej nie bywał w barach w Chicago, a przynajmniej nie sam. Zawsze towarzyszył mu ktoś lepiej znający miasto. Teraz, na piechotę, nie kojarzył żadnego miejsca. Nie mógł obrać celu. Wreszcie przypomniał sobie jedyny konkretny adres – Heatherstreet 61. Przypomniał też sobie od razu młodą blondynkę z uprzejmym uśmiechem na ustach. Przez chwilę zastanawiał się, czy istnieje prawdopodobieństwo, by ta niewinna Europejka trudziła się pracą barmanki w klubie nocnym lub pijalni piwa, przyjmując klapsy od mocniej wstawionych klientów. Nie. Zdecydowanie nie. Obraz rozgadanych facetów zainteresowanych głównie piwem, sportem i pogodą cechował londyńskie bary, które Robert znał z wypadów na miasto ze znajomymi.
Ok. Heatherstreet. Tylko gdzie to do cholery jest? Rozejrzał się w poszukiwaniu osoby sprawiającej wrażenie nie zaznajomionej kolorowymi pisami. Cały czas obawiał się zwrócić na siebie uwagę. W końcu podszedł do kobiety w podeszłym wieku, która spokojnym krokiem oddalała się od przystanku autobusowego.
- Przepraszam, proszę pani – zagadnął cicho.
- Tak?
- Czy wie pani gdzie znajduje się ulica....
- A ja cię znam. Ty jesteś tym aktorem co tego chłoptasia w filmie dla młodzieży grał, prawda?
Robert cofnął się o krok rozważając wycofanie się z konwersacji. Mógł skłamać lub oddalić się bez słowa. Przeklinał w duchu pomysł nawiązywania kontaktu z przedstawicielką tzw. „reszty świata”. W końcu jedynie przytaknął.
- Bo moja wnuczka to ma cały pokój w twoich plakatach.
- Tak? Wspaniale, a może wie pani jak dojść do…
- I ona ciągle o tobie opowiada. Co najmniej jakbyś był jej kolegą ze szkoły. Czy mógłbyś… - staruszka przerwała swój wywód i zaczęła szperać w torebce. Była to okazja do ucieczki, którą mężczyzna przegapił. – Podpisać to dla niej? – Kobieta podała mu jakiś zeszyt, który otworzyła na pierwszej stronie i wyciągnęła w stronę aktora długopis z podobizną Hilary Clinton. Robert westchnął i nakreślił coś zamaszyście. – Dziękuję bardzo. Wnuczka mi nie uwierzy, jak jej powiem, że cię spotkałam.
- Czy wie pani jak dojść do Heatherstreet? – powiedział w końcu.
- O chłopcze, to kawałek drogi stąd. Musisz iść prosto, później na trzecim skrzyżowaniu…
Staruszka objaśniała drogę dobre pięć minut, myląc się i poprawiając około dwudziestu razy. W końcu mężczyzna nie miał zielonego pojęcia dokąd powinien się skierować, poza tym, że „prosto, a na drugim skrzyżowaniu w lewo”. Dalej zdał się na intuicję, która tym razem go zawiodła. Błądził po wąskich uliczkach dobre pół godziny, aż odważył się po raz kolejny zapytać o drogę. Mężczyzna po czterdziestce z tygodniowym zarostem na twarzy okazał się niezoriętowany w show biznesie i potraktował aktora jak zwykłego turystę w wielkim mieście. Rzeczowo przedstawił plan trasy, którą Robert pokonał w dziesięć minut. Po tak długim spacerze odechciała mu się już jakiegokolwiek piwa, a kiedy dotarł na Heatherstreet spojrzał znużonym wzrokiem na długą, szarą i wyludnioną ulicę. Znajdował się pod numerem 265, zatem miał do pokonanie kawałek drogi do upragnionego budynku nr 61.
Nie wiedział dlaczego to robi. Dlaczego tak uparcie chce dowiedzieć się, co było celem podróży tej blond cudzoziemki. Przecież mogło się okazać, że nie przyjechała ona do Ameryki pracować na zmywaku; mogła być ambasadorem Republiki Czeskiej, mogła być wykładowcą na uniwersytecie, mogła kierować się do domu ciotki albo do siedziby gangu handlującego narkotykami lub bronią na dużą skalę. Nic o niej nie wiedział, poza tym jak wygląda oraz, że mówi z obcym akcentem i cały czas się uśmiecha. Po dotarciu pod numer 203 mężczyzna doszedł do wniosku, że bardziej niż alkoholu potrzebował spaceru, który da mu w kość.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz