czwartek, 26 sierpnia 2010

5. Bo to nie zawsze jest wina faceta.

Po oddaniu Henremu scenariusza portugalskiego dramatu i przedyskutowania ewentualnego udziału w tej produkcji, Robert wsiadł do granatowej hondy, wypożyczonej na czas naprawy jego własnego samochodu. Zaparkował pod wolnostojącym domem ogrodzonym metalowym płotem od reszty świata. Wysiadł i zadzwonił domofonem przy furtce.
- Tak?
- Tu Robert
- Co tu robisz o tej porze? – spytał zmieszany damski głos.
- Przyszedłem – odparł zbity z tropu.
- No dobrze. Wejdź – powiedziała z wahaniem i furtka została otwarta. Emma powitała swojego kochanka z pewną rezerwą, jakby nie chciała się przyznawać do łączących ich relacji.
- Co się stało? – spytał od razu.
- Nic. Tylko… - spojrzała na przybysza, ale szybko spuściła wzrok. – Pamiętasz jak mówiłam ci o moim byłym chłopaku, Jaysonie?
- Tak – przytaknął. Oczywiście, że pamiętał jak pocieszał ją pewnego wieczoru, kiedy biedaczka przypomniała sobie o swoim byłym, który zostawił ją bez słowa ani konkretnego powodu. Brunetka wypłakała wtedy na ramieniu Robert hektolitry łez.
- Więc on wrócił. Okazało się, że musiał wyjechać z powodu choroby swojej matki, która zmarła dwa tygodnie temu. Kiedy zakończyły się wszelkie czynności związane z pogrzebem oraz testamentem, wsiadł w samolot i przyleciał do mnie. Nie mógł skontaktować się ze mną wcześniej, ponieważ w jego miasteczku nie ma internetu a przez telefon komórkowy nie mógł połączyć się z siecią za oceanem. No a kiedy pojechał do większego miasta, zobaczył doniesienia o naszym romansie i zrezygnował z dalszych prób nawiązania kontaktu – tłumaczyła ze skruchą.
- Ale teraz wrócił, posypał głowę popiołem, a ty przyjęłaś go ponownie do swojego domu. Mam rację?
- Masz.
- Jak mu wytłumaczyłaś nasze spotkania?
- Powiedziałam, że to złośliwość prasy i, że nic nie było na rzeczy.
- A gdzie on teraz jest?
- Tu. W tym domu. Śpi w pokoju na piętrze.
Robert najpierw miał ochotę pójść do tego lowelasa i przedstawić mu swój pogląd na opuszczanie kobiet. Ale kiedy dotarły do niego słowa Emmy, miał ochotę prędzej wymierzyć cios w jej kierunku. Nie uczynił jednak żadnej z tych rzeczy, tylko zaczął napastliwą wymianę zdań.
- Nic nie było na rzeczy? Najpierw wysłuchuję twoich żali o niewiernym, skretyniałym chłopaku, a później dowiaduję się, że nie jestem dla ciebie wart więcej od niego?
- To nie tak. Jesteś dla mnie najważniejszy...
- To co on robi w tym domu? Dlaczego nie wyleciał stąd na zbity pysk?
- Nie miałam serca mu tego robić.
- To dlaczego masz serce robić to mi? Jesteś hipokrytką! Bardzo dziękuję za taki układ – rzucił wściekły i opuścił jej mieszkanie, trzaskając za sobą drzwiami. Miał nadzieję, że obudzi tego palanta. Wierzył, że chociaż on i Emma nie mogli ze sobą wytrzymać, to ta znajomość jest dla niej coś warta. Teraz zdał sobie sprawę, że był jedynie etatowym ramieniem do wypłakania się i facetem do łóżka. Zabawiła się nim, by wypełnić czas nieobecności lowelasa. Robiło mu się niedobrze od tych myśli. Poczuł okropną potrzebę upicia się. Nie popierał odreagowywania czegokolwiek alkoholem, ale dzisiejszą noc można chyba zaliczyć do sytuacji wyjątkowych.

wtorek, 17 sierpnia 2010

4. Początki bywają trudne

Zuzanna weszła do swojego mieszkanka, o całkowitej powierzchni trzydziestu metrów kwadratowych. Była to klitka z ciasną łazienka oraz kuchnią, pełniąca jednocześnie funkcję sypialni. Większość rzeczy, które przywiozła ze sobą wciąż pozostawały w walizce, gdyż nie miała miejsca na rozpakowanie ich. Nie miała także środków ani miejsca by nabyć szafę. Zadowalała się niskimi szafeczkami, starym stołem dla czterech osób i krzesłami turystycznymi. Lodówka brzęczała niemiłosiernie, panele podłogowe skrzypiały, a sąsiedzi lubili urządzać imprezy. Na mieszkańców bloku w większości składali się studenci, co dało się wyczuć w ich nocnych wymianach zdań na korytarzach. Jednak blondynka godziła się na to wszystko. I chociaż mieszkała tu zaledwie półtora miesiąca, miewała takie chwile, kiedy chciała wszystko spakować i wracać do domu. Wtedy siadała na szerokim parapecie i patrzyła przez jedno z trzech okien na zachodzące słońce i wmawiała sobie, że ten widok jej wszystko rekompensuje.
Pierwszy dzień w pracy był męczący, ale ekscytujący jednocześnie. Lisa była wspaniałą kobietą, która cały dzień czuwała nad nową, by ta nie zagubiła się za barem. Zuza nie zaliczyła jednak żadnej wpadki, prawdopodobnie dzięki wprawie nabranej w pracy w kafeterii, jeszcze w jej kraju.
Nastawiła czajnik elektryczny i wsypała do nieco zniszczonego kubka łyżeczkę czarnej herbaty. Zaparzyła napój i usiadła na dmuchanym materacu, który służył jej za łóżko.
Zadarła głowę, by podziwiać rozbłyski zachodzącego słońca na białych framugach okien. Lubiła wieczorami zatapiać się w marzeniach. Lubiła wybiegać myślami na nieznane tereny i fantazjować o możliwościach dążenia do upragnionego celu. Odstawiła kubek na parapet i wyjęła z plecaka swój rękopis. To miała być jej przyszłość. Uważała to za bardzo dziwne, że ostatnią rzeczą, której potrzebowała do spełnienia swoich marzeń, było coś tak przyziemnego jak pieniądze. Przeczytała kilka ostatnich linijek rękopisu i zastanowiła się co dalej uczynić z bohaterką. Jak zawsze przeniosła wzrok na miasto w poszukiwaniu inspiracji. Pomyślała o ludziach, których dzisiaj poznała; próbowała przypomnieć sobie twarze klientów. I wtedy przyszedł jej do głowy zakapturzony przechodzień, którego pytała o drogę. Starała się przypomnieć sobie jego twarz, która o poranku wydawała się znajoma. Była pewna, że widziała już gdzieś tego mężczyznę, chociaż nigdy nie była w Chicago. "To nawet lepiej, że nie wiem" pomyślała i zaczęła tworzyć jego nową tożsamość. Po godzinie okazało się, że to jest ta postać, której potrzebowała, by zakończyć historię.