Zegar ścienny wskazywał godzinę 22:30. Bar „Jimmy’s world” był otwart od 7 do 2 rano dnia następnego. Tej nocy wypadał dyżur Zuzy. Blondynka wyspała się w południe, wiedząc, że nie może sobie pozwolić na drzemkę w miejscu pracy. Jednak utarg z nocki nigdy nie był znaczący. Siedziała na nieco przetartym fotelu, wciśniętym pomiędzy lodówkę z napojami i szafki z naczyniami, postawiony tam z myślą o pracownikach ostatniej zmiany. Na podciągniętych pod brodę kolanach opierała oprawiony w twardą okładkę egzemplarz „Mariny” Carlosa Ruiza Zafona. Książka była wciągająca, więc zmysły kobiety przełączyły się na standby. Zuzanna bardzo lubiła swoją zdolność koncentracji na jednym temacie i możności wychwytywania impulsów z otoczenia jednocześnie. Dzięki temu słyszała rozmowy kucharzy na zapleczu, cichy szmer lodówki oraz odgłos otwieranych drzwi wejściowych i czyjeś kroki. Doczytała zdanie do końca, zaznaczyła strony zakładką i stanęła za ladą.
Klientem okazał się młody blondynek, mniej więcej metr siedemdziesiąt. Jego rysy twarzy sugerowały, iż nie jest pełnoletni. Dziarskim krokiem podszedł do kontuaru i spojrzał na kelnerkę pewnym siebie spojrzeniem.
- Dobry wieczór, w czym mogę pomóc? – powitała go z uśmiechem.
- Poproszę butelkę coli i paczkę malboro czerwonych.
Blondynka podała mu napój i położyła rękę na paczce papierosów pod ladą. – Poproszę dowód tożsamości.
- Dlaczego? – zdziwił się młodzieniec.
- Nie jestem pewna, czy jesteś pełnoletni.
- No jak to? Czy wyglądam jak małe dziecko?
- Nie, ale nie wyglądasz też jak trzydziestolatek. Dowód poproszę.
- Nie mam.
- Dolar dwadzieścia.
- Słuchaj, mam dwadzieścia lat. Zostawiłem dowód w domu, gdzieś razem z dyplomem ukończenia szkoły średniej i kartą biblioteczną uniwersytetu w Yale.
- W takim razie wróć do domu, odszukaj ten dokument i wróć po fajki – odparła wciąż łagodnym tonem, chociaż arogancja w głosie chłopaka zaczynała działać jej na nerwy.
- Naprawdę mi tego nie sprzedasz? To tylko jedna paczka malboro…
- Nie.
Blondynek westchnął i rzucił pod nosem kilka niezrozumiałych dla Zuzy słów. Założyła, że są to przekleństwa pod jej adresem. Fuck you. Być może gdyby chłopak poprosił ją o butelkę piwa szybciej przystanęłaby na nagięcie przepisów. Jednak papierosy były używką, którą potępiała najbardziej na świecie. „Chcesz się truć, ok. Ale kiedy bierzesz sam za siebie odpowiedzialność”. Wróciła na fotel i wznowiła lekturę o żywych hybrydach ludzi i połamanych kukieł teatralnych.